O przeszłości i teraźniejszości.
Autor: sid   
14.11.2008, 07:58
Wojciech Matczak, ur. 28 I 1964 Katowice, napastnik (lewoskrzydłowy) - 182 cm, 75kg; kluby: Baildon Katowice (1981-83), GKS Tychy (1983-92) Górnik Katowice (1992-93), Tysovia Tychy (1993-96); 3 turnieje o MŚ (1991-93); 42 - krotny reprezentant kraju (1990-94).



Zdjęcie -źródło: interia.pl
Fot. Paweł Mordan /Agencja Przegląd Sportowy




Przed czwartkowym treningiem trener Wojciech Matczak znalazł czas na udzielenie wywiadu.

S: Zaczynał Pan grę w hokeja w Baildonie Katowice, jak wspomina Pan swoje początki jako zawodnik?
WM: To dawno dawno temu (śmiech) . W pierwszej drużynie to były tylko epizody w Baildonie Katowice jak dobrze pamiętam, bo nie przywiązuję wagi do historii za bardzo. Myślę że to było gdzieś pięć spotkań kiedy dostawaliśmy taką szansę ja i Adam Fonfara na rezerwie jeszcze jako uczniowie. Na nasze nieszczęście 1981/82 to był ostatni sezon Balidonu, także tyle jeśli idzie o taki dorosły hokej w Baildonie. Natomiast mile wspominam wszystko co się działo przed, mieliśmy fajnych trenerów i tylko życzyć takich trenerów w innych klubach, to byłoby cudownie - Eugeniusz Imołczyk, Piechuta, Okulczyk czy kierownik drużyny Góralczyk.


S: W Baidonie grał Pan m.in. z Krystianem Michną, Bogdanem Kądziołką, Janem Piecko, Krzysztofem Ogińskim którzy po rozpadzie Baildonu stanowili trzon Polonii, Pan wybrał Tychy czy Tychy Pana wybrały?
MW: To nie tak do końca, na Bytom na pewno nie miałem szans, tutaj szły gwiazdy Baildonu Katowice i tutaj na pewno byśmy sobie nie poradzili, mówie tu o sobie i o innych którzy przeszli wtedy do GKSu Katowice. Ja nie byłem tak szczerze wybitnym hokeistą w wieku nastoletnim, moje warunki fizyczne były bardzo skromne..

S: Za to dysponował Pan szybkością.
MW: No coś za coś zawsze jest. Ale tak jak mówie na początku nie było wcale tak różowo i chciałbym może żeby opowiadając tą historię młodzi dowiedzieli się jak to naprawdę w życiu bywa, bo takie prawdziwe granie w hokeja rozpoczęło się w moim wypadku w wieku dwudziestu dwóch, dwudziestu trzech lat. Wcześniej były to tylko epizody, pamiętam też sytuacje w Tychach, zresztą wszystkie drużyny miały wtedy szeroką kadrę i odpowiednie parcie nie tak jak teraz, kiedy w zespole jest dwudziestu dwóch zawodników i teoretycznie kazdy ma miejsce i gra.

S: W tych czasach były też 24 drużyny hokejowe, w pierwszej lidze 10 a w drugiej 14 zespołów. Pamięta Pan jak wyglądały wtedy rozgrywki?
MW: Nie było tyle meczy, grało się w wekeendy, pamiętam też że w playoffach drużyna która miała wyższe miejsce musiała wygrać na przykład tylko dwa mecze a drużyna która była niżej w tabeli musiała wygrać cztery.

S: Pamięta Pan jakieś szczególne wydarzenie z tego okresu?
MW: Bardzo dobrze pamiętam jak zrobiliśmy w 1988 roku wicemistrza.

S: Uprzedza Pan oczywiście moje któreś z kolei pytanie (śmiech).
MW: To był sukces i też do tych spotkań w Bytomiu nie podeszliśmy z takią wiarą na 100% że możemy zrobić Mistrza chociaż podejrzewam że gdyby nawet to nie mieliśmy i tak szans wtedy, ale dla nas było sukcesem samo wejście do finału.

S: To były dwa mecze wygrane przez Polonię 5:2 i 4:0, pamięta Pan te mecze?
MW: Pamiętam mecz w Tychach po którym wszyscy kibice znaleźli się na tafli, było to przyjemne, to też byli inni kibice niż teraz, bardziej tacy normalni a mniej fanatyczni może, w tej chwili troszeczkę poszło to z kibicami w innym kierunku.

S: W Polonii grali wtedy Janusz Syposz, Mariusz Puzio i Krzysztof Kuźniecow z którymi jest Pan w jednej drużynie. Jest Pan już po treningach i po meczu z Polonią, ci zawodnicy maja wplyw na drużynę?
MW: Na pewno młodzież ma co podpatrywać, ma się czego nauczyć jeszcze od nich ale ja tak szczerze życzyłbym sobie i tej młodzieży żeby ci zawodnicy nie musieli tak długo grać w hokeja. Nie chcę tutaj ujmować Krzyśkowi czy Mariuszowi natomiast brak tego parcia od dołu i dlatego mówię, że nie chciałbym żeby ta młodzież która teraz ma 22 lata musiała grac tyle lat w lidze tylko chciałbym żeby ta rywalizacja była o wiele większa. I tu wróćmy znowu do historii, mając 22 lata w drużynie GKSu Tychy było 30 zawodników, także każdy chciał grać, zawodnik który miał 33 lata musiał się martwić o miejsce bo młodzi naciskali. Tak samo było w Bytomiu, wspomniany Mariusz to był wtedy młody chłopak i ktoś musiał zrezygnować żeby on mógł grac, w tej chwili jest to nie tak jak powinno to wyglądać. Nie wiem czy to te czasy komputerów i tak dalej (śmiech), czy sport jest w tej chwili tylko dodatkiem do życia.

S: Nie wiem jak w Tychach ale w Bytomiu w pewnym momencie nie było szkolenia młodzieży.
MW: W Tychach tak samo, w końcu skrzykneli się rodzice, powstała taka grupa którą było na to stać, Pantery Tychy się to nazywało. Wyglądało to na początku bardzo fajnie natomiast ci rodzice dostali się znowu za głęboko, ja to tak odbieram z boku bo nie brałem w tym udziału, ale wiadomo każdy rodzic uważa że jego dziecko jest najlepsze, żeby grało w pierwszej piątce, żeby strzelało bramki a nie grało na obronie i tak dalej i tak dalej i to też nie jest dobrze. Rodzice na pewno są potrzebni, kibicować, pomoc się ubrać, ale od trenowania powinien być trener.

S: To ja tak może trochę w stronę trenerów, już Pan wspomniał o trenerach których Pan spotkał jako zawodnik,  trener Imołczyk i Pawłowski, wybitni trenerzy.
MW: No ja miałem trochę szczęście chyba, bo nigdy mi się nie zdarzyło pracować z ludźmi którzy by sprawiali że hokej nie sprawiałby mi przyjemności. Oczywiście, był to mój zawód - hokeista, ale wspaniale jest jeśli się to lubi, wtedy na pewno jest inne podejście i ja miałem szczęście do takich trenerów których trochę przeszedłem bo tam jeszcze wcześniej trener Kurek w GKSie, trener Lejczyk w GKSie Tychy późniejszy trener reprezentacji także na pewno ja miałem szczęście do trenerów.

S: Czyli to doświadczenie które Pan w tej chwili posiada na treningach i w trakcie meczy bierze się też z tych zawodniczych lat?
MW: Oczywiście zawsze obserwowałem trenerów i gdzieś to w głowie zostało i na pewno czerpie się przykłady z różnych trenerów, jeden miał podejście super koleżeńskie, drugi był cholerykiem, zawsze próbuję to jakoś wypośrodkować. Natomiast samo takie doświadczenie trenerskie to jednak potrzeba na to lat i raczej samemu to na dole w boksie będąc nie ubranym w sprzęt a to jest na pewno o wiele gorsza sytuacja, ja bym wolał dziesięć razy wystąpić jako zawodnik niż jako trener i powiem panu szczerze że lata spędzone na ławce właśnie, one dają wszystkim trenerom właśnie to doświadczenie. Bo ono samo przez to że byliśmy hokeistami na pewno do nas nie przyszło, tego się nie da nauczyć, potrzebne są lata po prostu i trzeba  przecierpieć dosłownie tak powiem parę ładnych lat na ławce bo są to lata kiedy jest klepanie po plecach i jest wszystko ładnie pięknie, ale są też takie kiedy jest się samotnym, opluwanym i tak dalej i tak dalej także w tej chwili powiem szczerze że spróbowałem tego chleba osiem lat temu, gdyby to miało miejsce dzisiaj to bym się naprawdę długo zastanawiał. To jest ciężki kawałek chleba.

S: Po skończeniu kariery w Tychach od razu Pan trenował?
MW: Tak się złożyło że nie od razu, po skonczeniu kariery w Tychach hokej stał na bardzo niskim poziomie, może nie sportowo ale organizacyjnie i prawie że padał. Skrzykneliśmy się wtedy w cztery osoby, i postanowiliśmy że coś w tych Tychach zrobimy. Kupiliśmy wtedy za przysłowiową złotówkę klub Tysovia Tychy, zawodników sprzęt i prawo do gry w lidze, pomogło nam miasto, nie ciążyły na nas długi, zero w kasie ale zero długów i udało nam się jakoś przekonac chłopaków żeby spróbowali z nami jeszcze pobawić się w hokej. Mieliśmy trochę kontaktów wśród ludzi małego i średniego biznesu i potrafiliśmy jakoś tych ludzi wciągnąć w hokej, były różne datki, jakieś pięćset jakiś tysiąc ale w jakiś sposób mogliśmy sobie budżet ustalić i było na sprzęt i w połowie sezonu dogadaliśmy się z Browarami także nam się udało. W międzyczasie nie udało nam się z jakims trenerem ze wschodu, była kapitulacja tego trenera i podjąłem się ja, był to jednak epizod, to były dwie rundy playoffu bodajże. A potem działałem dalej jako wiceprezes aż dostałem propozycję od dzisiejszego prezesa GKSu Pana Skowrońskiego. Był taki sezon kiedy trenowaliśmy z Adamem Worwą, dostaliśmy za zadanie sezon spokojnej pracy, oczywiście żebyśmy nie spadli i wiadomo że każdy chce sięgnąć jak najwyżej ale nikt się nie spodziewał że będziemy na drugim miejscu w lidze. I wtedy działaczom zagrzały się głowy, ściągneli Pana Hulvę a podziękowali Panu Worwie. Ten rok kończyliśmy na siódmym miejscu, po tej roszadzie. Także, zamienił stryjek siekierkę na kijek albo i gorzej (śmiech).

S: Znalazłem gdzieś że otrzymał Pan Srebrną Oznakę PZHLU w 2000 roku.
MW: Tak. To jest odznaczenie którzy reprezentanci Polski i ligowcy przez ileśtam lat po zakończeniu kariery dostają to odznaczenie, także nie jestem jakiś wyjątkowy. Bardziej się ciesze z takiej nagrody którą dostałem od Ministra Sportu "Zasłużony Działacz", ja to tak odbieram że to za to że uratowaliśmy ten hokej, te lata 19997-99 i ktos tam zauważył nas gdzieś i cały ten zarząd został właśnie w ten sposób uhonorowany.

S: W 2005 roku prowadził Pan drużyne kiedy zdobyła Mistrzostwo Polski, zakończyła się era Unii dzięki Pańskiej pracy między innymi.
MW: No tak się złożyło, miałem to szczęście że znalazłem się w odpowiednim miejscu z odpowiednimi ludźmi też bo jeśli się wszystko razem nie zgra to nie ma o czym marzyć, o żadnym wyniku. Muszą wszystkie tryby zaskoczyć.

S: A w tym sezonie, słabsze wyniki Tychów to wynik tego że grali ciągle na wyjazdach?
MW: Nie, w tej chwili na to troszeczkę inaczej patrzę niż wtedy kiedy jeszcze byłem w Tychach. Nie potrafiłem pogodzić się z tym że początek tego sezonu tak nie wyszedł, podchodziłem do tego osobiście i ambicjonalnie i dlatego też podjąłem decyzje o rezygnacji, ale odchodząc z GKSu Tychy powiedziałem chłopakom że jeszcze dojdą do swojej formy i z tego co widze nie pomyliłem się, myślę że oni również będą walczyć o Mistrzostwo Polski. Nasze przygotowania choć mieliśmy je super poukładane sprawiły że zagraliśmy w bardzo dobrych turniejach, niejedna reprezentacja chciałaby się znaleźć tam gdzie myśmy grali. Ale zabrakło może dwóch tygodni. Słowacy w każdym razie nie spodziewali się że Polski przyjedzie drużyna która z nimi powalczy. Tu było wszystko ok, ale kryzys zawsze musi przyjść, żadna drużyna nie będzie się tylko pięła w górę, jest to jakaś sinusoida i tu jest teraz to co wszyscy wiedzą z tym trafianiem z formą, w trakcie sezonu zasadniczego wszystkie drużyny mają jakieś wpadki. W tej chwili na przykład jutrzejszy nasz rywal Stoczniowiec Gdansk ma trochę obniżoną formę sądząc po wynikach, ale jak jest naprawdę to zweryfikuje lód. Najważniejsze jest żeby trafić z tą formą na playoffy i tutaj też nie mamy się co czarować z Polonią, nie mamy dziś innych celów tylko walka o utrzymanie. Gdyby ktoś myślał że jest jeszcze szansa wyjść z tego dołka to jest teoretycznie może możliwe, matematycznie, ale w praktyce jest to niemożliwe do zrealizowania i musimy się przygotować na te ostatnie mecze tak naprawdę.

S: Głównie jest to związane z brakami kadrowymi w Polonii.
MW: No dokładnie, ja podejmując się tej pracy rozmawiałem z Zarządem, poszły takie słowa że jeśli mam się podjąć tej pracy to muszą być wzmocnienia i te wzmocnienia oczywiście będą. Szukamy, było dwóch zawodników ze Słowacji ale niestety nienajwyższych lotów i pojechali do domu i na razie nie widzę nikogo.

S: Błażej Salamon?
MW: W tej chwili jestem między młotem a kowadłem, bo w GKSie Tychy znalazł się przeze mnie, bo to akurat ja go wypatrzyłem i ściągnąłem do Tychów. Moje odejście na pewno nie spowodowało tego że Błażej poleciał za mną do Bytomia, tak po prostu wyszło, dlaczego to trzeba zapytać Błażeja.

S: Jest możliwe że ktoś jeszcze przejdzie z GKSu?
MW: Nie, jeśli Błażej przyjdzie to będę się na pewno bardzo cieszył bo takich zawodników nam potrzeba, natomiast na pewno nie zrobiłbym czegoś takiego żeby ściągać zawodników z GKSu Tychy do Polonii Bytom. Poza tym tych najlepszych nie jesteśmy w stanie wyciągnąć, natomiast z tymi o których byśmy mogli rozmawiać to na pewno nie są to jedyne osoby w Polsce które mogłyby się tutaj znaleźć, są również inni o podobnym potencjale, nie musimy się koncentrować na GKSie Tychy.

S: Pamięta Pan to bytomskie lodowisko jak wygladało kiedyś a jak teraz?
MW: Niewiele się zmieniło, prawie w ogóle chociaż jest nowy lód bandy i troszeczkę zmienione boksy a reszta tak jak było. Szatnię też pamiętam (śmiech).

S: To jak podróż w przeszłość?
MW: Może nie jest tak najgorzej, oczywiście człowiek przyzwyczaja się do luksusów i to też jest naturalne, ale bywałem na różnych obiektach. Graliśmy w gorszych warunkach, przebieraliśmy się w gorszych warunkach, kiedyś na turnieju kontynentalnym koło Wilna miasteczko, oni organizowali turniej rangi IIHFu, szatnia połowa tej co tutaj szatnia gości a ta już już jest malutka. Także nie ma co na ten temat gdybać, najważniejsze żeby byli odpowiedni ludzie w odpowiednim miejscu a tutaj myślę o drużynie i o tym co może być na trybunach. Na piłce nożnej osiem dziewięć tysięcy ludzi na Polonii Bytom to już jest wspaniały wynik jeśli chodzi o nasze polskie warunki, chciałbym żeby na hokeju znalazło się conajmniej tysiąc ludzi, na pewno inaczej się gra przy odpowiednim dopingu.

S: Tu myślę że nasze wyniki..
MW: Tak, zdajemy sobie sprawę że w dzisiejszych czasach no niestety wszystkim rządzi kasa, w przypadku sportu wynik i tak dalej, te mecze zostają gdzieś na boku, przychodzi paru wiernych. To na pewno nie ma nic wspólnego z dopingiem o którym mówiłem w latach osiemdziesiątych, tam naprawdę było przywiązanie do barw. Oczywiście że zostaliśmy tam skarceni jak słaby mecz się zagrało ale nie wyglądało to tak jak teraz. Ktoś nam pomagał. W tej chwili jest tak że zawodnicy osobno kibice osobno, nie ma takiej więzi.

S: A nie odnosi Pan wrażenia że własnie dzięki tej konkurencji o której mówił Pan wcześniej też i poziom był wyższy? W tej chwili rozgrywki mozna sprowadzić do dobrej gry w play-off.
MW: Zdarzają się dobre mecze, też nie możemy powiedzieć żeby cała liga była do bani tylko play-off, wtedy jest stawka wyższa i może dlatego te spotkania inaczej wyglądają. I pełne trybuny i doping, telewizja zrobiła dużo dla hokeja pokazując play-offy w naprawdę profesjonalny sposób, nie było to zrobione przypadkowo. To wszystko powoduje że się wydaje nam że te play-offy to dopiero jest hokej na poziomie na takim jak byśmy chcieli. Kiedyś już coś takiego powiedziałem z czym kibice się nie zgadzali, wszyscy twierdzą że liga jest na bardzo słabym poziomie. Ona jest na takim poziomie na jakim musi być, niestety pewnych rzeczy nie przeskoczymy, nie ma rywalizacji, nie ma młodych którzy by dochodzili, ale jeśli mogę to staram się jechać cztery pięć razy do roku do Czech do Trzyńca i tam bywałem na meczach dobrych ale też i na szarych. I tam nikt nie krzyczy że ta liga jest dziadowska, tam kibice przychodzą w większej ilości i się bawią, jest otoczka, nie tylko to co się dzieje na lodzie, jest i piwo i muzyka która gra, kiełbaski, kibic przychodzi na trzy godziny na imprezę i tam musi mieć czas zajęty, to jakby dla nich święto, przychodzą całymi rodzinami..

S: Jak się pracuje w Bytomiu?
MW: Naprawdę się obawiałem tego, tej pracy. Mieliśmy teraz pauzę w lidze, mogliśmy troszeczkę popracować, bardzo fajna atmosfera jest, dużo młodych, generalnie cala drużyna złożona z młodzieży gdzie umiejętności może jeszcze nie te, one tam jeszcze po drodze przyjda ale zapał do roboty jest duży i to mi się podoba. Potrzebujemy na gwałt jakichś takich zawodników już naprawdę doświadczonych, ja tu myśle o obronie generalnie, dwóch obrońców to jest takie minimum które musimy gdzieś zdobyć i jednego środkowego, którzy tej młodzieży oprócz tego że wkomponują się w ten skład i pomogą osiągnąć cel jaki mamy to tą młodzież wyciągną na wyżyny. Mariusz przyszedł, na pewno też inaczej patrzą na niego, to jest wielokrotny reprezentant , najwięcej bramek w lidze i tak dalej i tak dalej, ale to jest tylko ten jeden Mariusz, potrzebujemy jeszcze kogoś z tyłu. Mam nadzieje że to się jakoś ułoży.

S: Dziękuję za wywiad.
 

Reklamy

Silesia Style

Spy-Tech

Miejsce na twoją reklamę

Miejsce na twoją reklamę

SKK na Facebook'u

Ogloszenie